Do poczytania

skrawek Rozdziału I

− Zwą mnie Dalibor… Jam człek prosty i Boga się boję. Nikomu krzywdy nie czynię. Pomiłujcie, Panie Wielmożny!
− Wiesz, kto to był i czemu cię napadł?
− To zbój od Raroga. Oni tym lasem rządzą. Tu nawet Krzyżak zbyt często nie chodzi. Chyba że komandą liczną.
W jednej chwili przez głowę skołowanego Młodziana przebiegły tysiące myśli. Jeszcze wczoraj w pierwszym odruchu złapałby gówniarza za kark i zawlókł do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Tylko z powodu dzisiejszych zdarzeń, wciąż jeszcze stał w miejscu i przezornie rozważał inne opcje. „Nie… No, kurwa, chłopak jest dobry! W życiu nie widziałem lepszej improwizacji! Ale chyba jest świadomy, że ja nie jestem częścią przedstawienia!?” Komandos pochylił się energicznie nad dzieciakiem, chwycił go za włosy i wykrzyczał:
− Dość tego cyrku!!! Nie jestem w nastroju do głupich zabaw! Gadaj, gnojku, co za film tu kręcicie i gdzie jest reszta twojej ekipy?!!!

skrawek Rozdziału II

Nagle rozległ się jednostajnie skrzypiący, przeciągły dźwięk. Po dobrych kilkunastu sekundach policjant zorientował się, że oto otwiera się dwudrzwiowa brama w palisadzie. Musiała być poruszana jakimś rodzajem drewnianego, głośnego kołowrotu. To, co ujrzał, rozwiało jego wątpliwości. Irytujący pisk ustał, masywne drzwi stanęły rozchylone, a na zewnątrz wyszło trzech mężczyzn ubranych dokładnie tak samo jak awanturnicy, których miał już okazję poznać. Ci byli wyposażeni w długie noże i włócznię. Raźnym krokiem przemierzyli polanę i zniknęli w lesie po przeciwnej stronie. Wtedy skrzypienie nastąpiło ponownie i po chwili wejście zamknęło się z głuchym trzaskiem. Wyglądało na to, że to stąd Raróg trzęsie okolicą i kieruje watahą przybocznych żebraków. Swoją drogą – ten rozbójnik musiał czuć się bardzo mocny. Na dźwięk jego imienia drżeli okoliczni mieszkańcy. Najwyraźniej nie wystawiał nawet patroli dokoła wzgórza, licząc na swoją złą sławę i możliwości obronne tej minifortecy. „Chyba nadszedł czas, aby ten buc się trochę zdziwił!”

skrawek Rozdziału IV

Odbezpieczenie i przeładowanie karabinu odbyło się dyskretnie pod płaszczem. Dalibor zbliżył się na centymetry do ramienia komandosa, starając się jednocześnie zachować spokój. Trochę już wolniejszym krokiem podeszli do czwórki nożowników z zamiarem wysondowania, w czym tkwi problem. Już pierwsze wypowiedziane przez nich zdanie nakreśliło jego zarys.
− To kosztowna sprawa tak przez most przełazić!
Antyterrorysta niezwłocznie odpowiedział:
− Pozwól mi zgadnąć – ty ten most zbudowałeś!
− Nie, ale z woli zakonu pieczę nad nim sprawujemy, by ktoś nieopatrznie nic popsuć się nie ważył.
− No, to ja obiecuję, że nic nie popsujemy.
− Gwarancji nam trzeba! Kosztowności jakieś macie?
− Nie mamy, ale jak bardzo nalegasz, to ołowiem zapłacić mogę.
− Złoto lub srebro bym wolał!
− Widzę, że jesteś chciwy! Lepiej zabierz swych kompanów i przejść nam dajcie, bo możesz pożałować.

Do poczytania - kwalczuk.com